poniedziałek, 20 stycznia 2014

Szpital

Co się myśli w takiej chwili? Chyba nic się nie myśli, umysł jest poza tym wszystkim. Docierają tylko pojedyncze słowa. Nie chce się słuchać reszty, a co mnie reszta obchodzi. Krótkie pytanie czy zgadzamy się na sekcję. I świat zawirował, nie chciało mi się żyć. Co tam fizyczny ból, serce które pęka na pół to jest prawdziwy ból. Taki którego nie da się uleczyć ani zmniejszyć.

Leżałam wciąż na porodówce, co trochę pobierali mi krew. Myślałam że już gorzej być nie może. A jednak życie jest bezlitosne. Adaś przegrał swoją walkę o życie, teraz walczyli o moje. Bakterie przedostały się na cały organizm powodując sepsę. Było mi już obojętne co ze mną będzie, nic już nie miało znaczenia.

W końcu dojechali rodzice, płakali razem z nami. Płakały nawet pielęgniarki, jedna uspokajała moją mamę. Po kilku godzinach przewieźli mnie na inną salę, ze starszymi babkami po różnych zabiegach. One myślały że jestem we wczesnej ciąży i dlatego tam leże i jak zaczęły wypytywać o termin porodu i jaka płeć myślałam że umrę.

Dowieźli jedną panią z Rosji, przychodziła do niej przyjaciółka. Jak się dowiedziały czemu tam jestem, postawiły sobie za zadanie poprawie mi humoru. Oczywiście nie było na to szans żebym się uśmiechnęła ale jakoś trzymały mnie w pionie. Jak już wyszły ze szpitala dzwoniły do mnie a później mnie odwiedzały.

 M. siedział ze mną od rana do wieczora, przynosił mi jedzenie. A że nawet jeść mi się nie chciało to przynosił 2 talerze i siadał i jadł razem ze mną w szpitalu. Nadszedł czas organizacji pogrzebu, M. potrzebował zaświadczenie z mojej pracy do ZUSu. Ja nie byłam w stanie rozmawiać, więc podałam mu nr do mojego kierownika. Powiedział co się stało i co potrzebuje. Jakby mało nieszczęść na mnie spadło, zwolnili mnie z dniem porodu. W najgorszym dniu mojego życia zwolnili mnie z pracy, jaką trzeba być świnią żeby tak postąpić? Zdawałam sobie sprawę że mnie zwolnią po macierzyńskim, ale miałam urodzić 26 maja a później przez pół roku zajmować się dzieckiem. Nawet pracownicy zakładu pogrzebowego zadzwonili do mojej firmy powiedzieć im że tak się nie postępuje..

Czy mogło być gorzej? Myślałam że już wszystkie nieszczęścia na nas spadły,a tu mój dziadek jak się dowiedział co się stało dostał udaru mózgu. Byliśmy już na dnie a ja wciąż leżałam w szpitalu i dostawałam antybiotyki w ciemno bo jeszcze nie było wyników co to za bakteria powoduje zakażenie.

Najgorsze jednak były ciężarne które mijałam na korytarzu, próbowały mnie omijać, ale nie zawsze się dało. W nocy słyszałam jęki rodzących, zakrywałam uszy poduszką ale i tak było słychać. Koszmar. Gdy w nocy wychodziłam do łazienki pilnowały mnie pielęgniarki, chyba bały się żebym sobie nic nie zrobiła. Po każdym zastrzyku robiło mi się słabo i zasypiałam i tak mijał dzień za dniem.

29 stycznia - koniec

Niestety czułam się coraz gorzej. Zakazali mi dotykać brzucha żeby nie prowokować skurczy. Jak tu nie dotykać brzucha kiedy boli strasznie? kiedy wiem że tam jest dzidziuś? Zaczęłam wymiotować, i telepać się na łóżku M. pobiegł po pomoc.

Położna zbadała pokręciła głową, przybiegła dr i zaczęła krzyczeć żeby szykować inkubator i całą ekipę. W sekundzie znalazłam się na porodówce. Było tam mnóstwo lekarzy i pielęgniarek, biegali jak szaleni. Dr zapytała czy chcę męża na sali, powiedziałam że nie , nie w takich okolicznościach. Wymiotowałam i krzyczałam żeby dali mi znieczulenie. Za późno na znieczulenie, dr szybko wyjaśniła jak się prze. I się zaczęło. Odeszły wody, słyszałam jak krzyczą że brązowe, ktoś pobierał próbki. 

Niesamowity strach, obawa, ból. To nie był normalny poród. Nie będę opisywać wszystkiego. 
Urodziłam, słyszałam tylko "żyjeeeeeee i odddycha!!!!!!!!!!!!!!!! szybko, szybko!!! " i przez sekundę widziałam mojego synka, śliczne maleństwo. Urwałabym sobie głowę kiedy resztką sił zaglądałam do odjeżdżającego inkubatora. Spytałam co z dzieckiem, dr powiedziała że już zamówili helikopter że przewiozą go do specjalistycznego szpitala a potem  usłyszałam tylko "dajcie jej coś na uspokojenie" i odpłynęłam...

Gdy się obudziłam, ktoś na żywca czyścił mi macicę i zszywał. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przyszedł mój M. ktoś go skrzyczał że nie ma fartucha. Złapał mnie za rękę i płakał i mówił przepraszam. 
Błagałam żeby mnie zabrał do naszego maleństwa, ale od razu położne zabroniły. Powiedziały że zemdleję po tych lekach i że nie ma takiej opcji. Zrobił mi więc zdjęcie, chodził w kółko a to do dzidziusia a to do mnie. 

A ja głupia zastanawiałam się jak będziemy dojeżdżać do tego specjalistycznego szpitala, czy nie lepiej wynająć hotel i być na miejscu cały czas. M. znowu wrócił od maleństwa cały zapłakany "czemu nas to spotkało?" a ja go pocieszałam że przecież zaraz będzie helikopter że wszystko się dobrze skończy. On już wiedział że nie ma szans, mówił że jest zbyt słaby że musimy wybrać imię i go ochrzcić.

Jednogłośnie wybraliśmy imię Adaś, już wcześniej się nad nim zastanawialiśmy. M. poszedł na "chrzciny" a ja zostałam ze swoimi myślami. Nadal wierzyłam że wszystko się dobrze skończy. Mniej więcej 2 godziny po porodzie, przyszła położna wstrzyknęła mi coś. Teraz wiem że to znowu było coś otumaniającego. Chwilę potem ordynatorka neonatologi stanęła przy moim łóżku i powiedziała oficjalnym tonem.
" O godzinie 9.... po zbadaniu aparatem.... nie wykryciu tętna.... ani innych oznak życiowych.... stwierdziliśmy zgon.... na przyszłość radzę częściej wykonywać wymazy bakteriologiczne..." Mówiła więcej ale tylko tyle do mnie dotarło.. właśnie wtedy skończył się mój świat..

29 stycznia

W karetce kazali mi się położyć ale nie byłam w stanie, wolałam siedzieć i trzymać mój brzuszek. Powiedzieli że musza jechać wolno bo jest bardzo ślisko.. Myślałam że umrę ze strachu.

Już jesteśmy w szpitalu, posadzili mnie na wózku, podjeżdżamy do windy - nikt nie ma klucza. W cholernym szpitalu nie ma klucza do windy. Ratownik pobiegł szukać klucza, pytali mnie czy mam jakąś wsuwkę to spróbują otworzyć. Ostatkiem sił musiałam wejść po schodach z pomocą ratowników. Na górze już czekali na mnie lekarze.

Kazali siąść na fotelu - nie byłam w stanie. Jakoś mnie usadzili na tym samolocie, usłyszałam tylko "pęcherz płodowy w drogach rodnych" oraz milion terminów lekarskich. I słowa "za późno.. czemu tak późno przyjechałaś" serce mi się rozrywało, to moja wina za późno przyjechałam..

Szybkie usg - pani dr spojrzała na mnie ze łzami w oczach i mówi "to chłopak" a ja płakałam i mówiłam "wiem" . Zupełnie nagą położyli mnie na łóżku podali jakieś zastrzyki, kroplówki, tabletki. Miałam leżeć z nogami w górze aż do rozwiązania. "Postaramy się utrzymać ciąże najdłużej jak się da, każdy tydzień, każdy dzień jest ważny" ja myślałam że będę tak leżeć z miesiąc i w głowie mi dudniło "jak ja tak wytrzymam miesiąc bez ruszania się z nogami w górze?"

Była gdzieś 5 nad ranem gdy zawieźli mnie na salę gdzie leżało może z 6 kobiet z wielkimi brzuchami i czekały na porody. Wszystkie się pobudziły, wpadł mój mąż i pytał co ze mną. A ja przez łzy łkałam "tak jakby to powiedzieć - rodzę". Pobiegł do lekarza wrócił i chyba chciał mnie pocieszyć mówiąc "najważniejsze że wody nie odeszły".

Położne założyły cewnik chciały pobrać mocz, ból niesamowity. M. poszedł zadzwonić do rodziców, a ja krzyczałam " tylko nie mów im jak bardzo jest źle". Wiedziałam że mój dziadek jest bardzo wrażliwy i chory mogłoby mu się pogorszyć od takiej wiadomości.

To już była niedziela - mieliśmy jechać do Leśniowa pomodlić się za ciąże - a potem do moich rodziców na obiad i z mamą na szoping wybrać dla mnie spodnie ciążowe. Więc kiedy M. zadzwonił o 6 rano do mojej mamy - myślała że już wyjeżdżamy do nich. Powiedział tylko że jestem na podtrzymaniu. Wszyscy już jechali do mnie.


28 stycznia 2012

Sobota.

M. poszedł otworzyć sklep. Dzień był jakiś nerwowy. Byłam bardzo słaba, ale przecież to NORMALNE.

Rano rozmawiałam z kolegą B., mówiłam że się trochę martwię bo maluszek coś mniej kopie. Pocieszył jak wszyscy że czasem tak bywa, że dzidziuś śpi i jest zmęczony. Najważniejsze że wciąż kopał.

Położyłam się do łóżka i włączyłam film "Zmierzch - przed świtem". Bella zaszła w ciążę i bardzo źle ją znosiła, pod koniec filmu zaczął się poród podczas którego omal nie umarła. Koniec filmu.
Taki film akurat w taki dzień. Ostatnio znowu leciał w tv, nie byłam w stanie obejrzeć nawet urywku.

Film się skończył, wrócił M. z pracy. Pokłóciliśmy się bardzo:( Chyba nigdy nie było takiej kłótni jak wtedy. Pierwsza awantura poślubna. Był bardzo zły że zamiast zrobić obiad oglądam jakiś durny film. Gdy powiedziałam że się czuję to usłyszałam że wymyślam sobie wymówki i robię z siebie męczennice. A przecież miliony kobiet zachodzi w ciążę i jakoś funkcjonują. Tylko jak zwykle ja mam najgorzej, i ja jestem najbardziej zmęczona.

Płakałam i nie odzywaliśmy się do siebie cały dzień. Czułam że mnie brzuch boli, pomyślałam że się zatrułam albo że to z nerwów. M. wyczytał w internecie że to macica się rozciąga i że to normalne..

Położyłam się spać, oczywiście nie mogłam usnąć. Brzuch bolał coraz bardziej ale nic już nie mówiłam M.
Już byłam na niego tak zła że wolałam sobie być sama ze swoim bólem. Ból był tak silny że odebrał mi zdrowy rozsądek. M. się obudził i powiedział że rano poszukamy lekarza i pojedziemy żeby mnie zbadał.

Ja już wiedziałam że jest coś nie tak, za mocno bolało ale nie myślałam rozsądnie. Jak już nie mogłam wytrzymać obudziłam M. i powiedziałam "ja chyba rodzę". Powiedział że "to przecież niemożliwe to dopiero 24tc". Osunęłam się na podłogę i zwijałam w bólu, wtedy M. przejrzał na oczy i zadzwonił po pogotowie.

Wydawało mi się że mijają godziny, właściwie nie wiem która godzina była czy to był środek nocy czy to było już nad ranem? Ratownicy założyli mi tylko kurtkę i zabrali do karetki.

3 tygodnie szczęścia

Niedługo po ślubie, przyjechałam do rodzinnego miasta na kolejne badania prenatalne. Znowu wszystko idealnie!!!  M. pierwszy raz widział na żywo ruszającego się szkraba. Płynęły łezki radości.

26 stycznia przyjechałam na kolejną wizytę u ginekologa. Zbadała mnie dała skierowanie na kolejne badania krwi i jedno bakteriologiczne z komentarzem " ja nie wiem po co oni każą tyle tych badań robić, wypisuje skierowanie ale nie musisz iść na ten wymaz - bo to niepotrzebne". Już czułam się słabo - ale przecież to normalne że kobieta w ciąży jest strasznie zmęczona.

Podeszłam też do mojej firmy wręczyłam upominki ze ślubu kierownikom i innym znajomym z pracy. Pochwaliłam się brzuszkiem i zdjęciami, pogadałam i wracałam do naszego miasteczka.

27 stycznia - dzień jak co dzień - był to piątek. Wieczorem odwiedzili nas znajomi teściów, przynieśli kwiatka w prezencie. Posiedzieliśmy troszkę, byłam coraz bardziej zmęczona. Ale kogo to dziwi?
Zadzwonił fotograf że na stronie mamy próbkę zdjęć z wesela, obejrzeliśmy i poszliśmy spać. I to był ostatni raz kiedy oglądałam te zdjęcia z radością, to był ostatni raz kiedy byłam szczęśliwa..

Przygotowania i ślub

Czas nam leciał jak szalony. Kolejne USG potwierdziło - będziemy mieli synka. Co za radość!!!
Dziadkowie oszaleli, dostaliśmy pełne torby ciuszków. Czekał pokoik dla maluszka.

Pamiętam jak dziś pierwsze kopniaczki, przez skórę widziałam jak moje słoneczko się rusza. Zawsze jak zasypialiśmy M. trzymał mój brzuszek i czuł kopniaki. Cudowne uczucie.

Pamiętam jak dziś wigilię - wszyscy komentowali jaki mam piękny brzuszek. Wszystkie życzenia dotyczyły maluszka. "szybkiego porodu" "dużo zdrówka" "samej radości z dzidziusia" itp. Szkoda że żadne z nich się nie spełniło..

 Potem szykowaliśmy się do ślubu, mój wieczór panieński wypadł w sylwestra. Nie tak go sobie zawsze wyobrażałam - ale było bardzo miło. Chwaliliśmy się zdjęciami z usg na prawo i lewo.

Nadszedł dzień ślubu 7 stycznia 2012. Było pięknie, podczas przysięgi mały kopał jak szalony :) Wszyscy wiedzieli że jestem w ciąży nie robiliśmy z tego żadnej tajemnicy. Wszyscy gadali jak nie mogą się  doczekać nowego członka rodziny. Specjalnie na mój ślub przyjechała moja przyjaciółka z Holandii - cieszyła się razem ze mną.

Rano gdy mieliśmy wracać do hotelu, okazało się że ktoś nas okradł.. Zniknęły wszystkie moje rzeczy, całe szczęście że koperty z wesela były gdzie indziej. Pechowo zepsuło się auto, więc wracałam w sukni ślubnej autem jednego z gości.. Później pożyczyłam ubrania od mamy żeby jakoś wrócić do naszego miasteczka. Śmiesznie wyglądałam w rozpiętych spodniach w których brzuszek się nie mieścił, białym futerku i białych balerinach. Ale cóż zostałam bez ubrań, kosmetyków, nawet płaszcz zaginął. Mimo tego przykrego incydentu byliśmy szczęśliwi.

czwartek, 16 stycznia 2014

Pierwsze badania

   Na pierwszej wizycie lekarskiej dostałam skierowanie na wszystkie podstawowe badania w ciąży. Ponieważ cienko było z kasą wybrałam się do przychodni po skierowanie na nfz. Jednym z badań był wymaz bakteriologiczny. Po tygodniu miałam wynik - morganella morgani +. Ten plusik oznaczał "wzrost skąpy", a poniżej widniał antybiogram. Z wynikami byłam najpierw prywatnie lekarz powiedział "to nie zagraża ciąży na razie nie będziemy z tym nic robić", a pani dr w przychodni powiedziała "wszystko jest w porządku".

  Co ja się będę wypytywać. Dwóch lekarzy mówi że jest dobrze, więc pewnie wiele kobiet ma takie bakterie i to zupełnie naturalne. Przestałam się tym przejmować, i chodziłam już teraz tylko do przychodni.

  Tyle się słyszy o poronieniach, wadach genetycznych a u mnie wszystko idealnie. Myślałam o tych kobietach które poroniły, nie wiedziałam jeszcze że mnie spotka coś jeszcze gorszego. Miałam się wtedy za szczęściarę.

 Później badania prenatalne - znowu wszystko idealnie. Czy mogło być coś piękniejszego? Dzidziuś fikał, skakał a my się cieszyliśmy jak głupki.