W karetce kazali mi się położyć ale nie byłam w stanie, wolałam siedzieć i trzymać mój brzuszek. Powiedzieli że musza jechać wolno bo jest bardzo ślisko.. Myślałam że umrę ze strachu.
Już jesteśmy w szpitalu, posadzili mnie na wózku, podjeżdżamy do windy - nikt nie ma klucza. W cholernym szpitalu nie ma klucza do windy. Ratownik pobiegł szukać klucza, pytali mnie czy mam jakąś wsuwkę to spróbują otworzyć. Ostatkiem sił musiałam wejść po schodach z pomocą ratowników. Na górze już czekali na mnie lekarze.
Kazali siąść na fotelu - nie byłam w stanie. Jakoś mnie usadzili na tym samolocie, usłyszałam tylko "pęcherz płodowy w drogach rodnych" oraz milion terminów lekarskich. I słowa "za późno.. czemu tak późno przyjechałaś" serce mi się rozrywało, to moja wina za późno przyjechałam..
Szybkie usg - pani dr spojrzała na mnie ze łzami w oczach i mówi "to chłopak" a ja płakałam i mówiłam "wiem" . Zupełnie nagą położyli mnie na łóżku podali jakieś zastrzyki, kroplówki, tabletki. Miałam leżeć z nogami w górze aż do rozwiązania. "Postaramy się utrzymać ciąże najdłużej jak się da, każdy tydzień, każdy dzień jest ważny" ja myślałam że będę tak leżeć z miesiąc i w głowie mi dudniło "jak ja tak wytrzymam miesiąc bez ruszania się z nogami w górze?"
Była gdzieś 5 nad ranem gdy zawieźli mnie na salę gdzie leżało może z 6 kobiet z wielkimi brzuchami i czekały na porody. Wszystkie się pobudziły, wpadł mój mąż i pytał co ze mną. A ja przez łzy łkałam "tak jakby to powiedzieć - rodzę". Pobiegł do lekarza wrócił i chyba chciał mnie pocieszyć mówiąc "najważniejsze że wody nie odeszły".
Położne założyły cewnik chciały pobrać mocz, ból niesamowity. M. poszedł zadzwonić do rodziców, a ja krzyczałam " tylko nie mów im jak bardzo jest źle". Wiedziałam że mój dziadek jest bardzo wrażliwy i chory mogłoby mu się pogorszyć od takiej wiadomości.
To już była niedziela - mieliśmy jechać do Leśniowa pomodlić się za ciąże - a potem do moich rodziców na obiad i z mamą na szoping wybrać dla mnie spodnie ciążowe. Więc kiedy M. zadzwonił o 6 rano do mojej mamy - myślała że już wyjeżdżamy do nich. Powiedział tylko że jestem na podtrzymaniu. Wszyscy już jechali do mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz