poniedziałek, 20 stycznia 2014

29 stycznia - koniec

Niestety czułam się coraz gorzej. Zakazali mi dotykać brzucha żeby nie prowokować skurczy. Jak tu nie dotykać brzucha kiedy boli strasznie? kiedy wiem że tam jest dzidziuś? Zaczęłam wymiotować, i telepać się na łóżku M. pobiegł po pomoc.

Położna zbadała pokręciła głową, przybiegła dr i zaczęła krzyczeć żeby szykować inkubator i całą ekipę. W sekundzie znalazłam się na porodówce. Było tam mnóstwo lekarzy i pielęgniarek, biegali jak szaleni. Dr zapytała czy chcę męża na sali, powiedziałam że nie , nie w takich okolicznościach. Wymiotowałam i krzyczałam żeby dali mi znieczulenie. Za późno na znieczulenie, dr szybko wyjaśniła jak się prze. I się zaczęło. Odeszły wody, słyszałam jak krzyczą że brązowe, ktoś pobierał próbki. 

Niesamowity strach, obawa, ból. To nie był normalny poród. Nie będę opisywać wszystkiego. 
Urodziłam, słyszałam tylko "żyjeeeeeee i odddycha!!!!!!!!!!!!!!!! szybko, szybko!!! " i przez sekundę widziałam mojego synka, śliczne maleństwo. Urwałabym sobie głowę kiedy resztką sił zaglądałam do odjeżdżającego inkubatora. Spytałam co z dzieckiem, dr powiedziała że już zamówili helikopter że przewiozą go do specjalistycznego szpitala a potem  usłyszałam tylko "dajcie jej coś na uspokojenie" i odpłynęłam...

Gdy się obudziłam, ktoś na żywca czyścił mi macicę i zszywał. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przyszedł mój M. ktoś go skrzyczał że nie ma fartucha. Złapał mnie za rękę i płakał i mówił przepraszam. 
Błagałam żeby mnie zabrał do naszego maleństwa, ale od razu położne zabroniły. Powiedziały że zemdleję po tych lekach i że nie ma takiej opcji. Zrobił mi więc zdjęcie, chodził w kółko a to do dzidziusia a to do mnie. 

A ja głupia zastanawiałam się jak będziemy dojeżdżać do tego specjalistycznego szpitala, czy nie lepiej wynająć hotel i być na miejscu cały czas. M. znowu wrócił od maleństwa cały zapłakany "czemu nas to spotkało?" a ja go pocieszałam że przecież zaraz będzie helikopter że wszystko się dobrze skończy. On już wiedział że nie ma szans, mówił że jest zbyt słaby że musimy wybrać imię i go ochrzcić.

Jednogłośnie wybraliśmy imię Adaś, już wcześniej się nad nim zastanawialiśmy. M. poszedł na "chrzciny" a ja zostałam ze swoimi myślami. Nadal wierzyłam że wszystko się dobrze skończy. Mniej więcej 2 godziny po porodzie, przyszła położna wstrzyknęła mi coś. Teraz wiem że to znowu było coś otumaniającego. Chwilę potem ordynatorka neonatologi stanęła przy moim łóżku i powiedziała oficjalnym tonem.
" O godzinie 9.... po zbadaniu aparatem.... nie wykryciu tętna.... ani innych oznak życiowych.... stwierdziliśmy zgon.... na przyszłość radzę częściej wykonywać wymazy bakteriologiczne..." Mówiła więcej ale tylko tyle do mnie dotarło.. właśnie wtedy skończył się mój świat..

1 komentarz:

  1. Czytając Twoją historię ocieram łzy,które kapią jedna za drugą....
    Tyle się wycierpiałaś i tyle łez wylałaś....
    Tylko dlaczego????
    Dlaczego ktoś kto czeka i pragnie dziecka musi tak cierpieć,
    i inna potrafi tak łatwo zakończyć ciążę,bo go nie chce??
    Ja do dziś nie umiem też pogodzić się z odejściem Evy
    i ciągle zadaję pytanie dlaczego?????
    Są dni,że wydaje mi się,że już jakoś wszystko się poukłada,
    żeby następnego dnia zrozumieć,że ból i żal wcale nie jest mniejszy,
    a wręcz przyszedł ze zdwojoną siłą

    OdpowiedzUsuń